Ludzie to lenie! Trzeba ich pilnować, bo jak nie, to kombinują, obijają się albo próbują Cię okraść!

Jeśli szef myśli tak o swoich pracownikach, to prawdopodobnie ma wobec nich jeden, bardzo konkretny cel:
wycisnąć z nich jak najwięcej, jednocześnie płacąc im jak najmniej.

O czym jest ten odcinek?

W tym odcinku pokażę Ci pięć najczęstszych sposobów manipulowania pracownikami, których używają szefowie – i które krótkoterminowo naprawdę działają.

Bo wtedy:

  • ludzie pracują więcej,

  • rzadziej się odzywają,

  • a chwilowo wyniki na papierze się zgadzają.

Tylko że…

Problem w tym, że długofalowo te metody niszczą motywację, zaangażowanie i zaufanie.
A na końcu zatruwają całą firmę.

Dlaczego warto obejrzeć?

Jeśli chcesz wiedzieć:

  • jakich szefów unikać,

  • lub czego jako lider/liderka nigdy nie robić,

to przeczytaj uważnie ten materiał.

Zapraszam do kolejnego odcinka Firmy z Głową. 🚀

Odcinek możesz:
– obejrzeć na Youtube klikając w miniaturę powyżej 🎥,
odsłuchać w formie podcastu na Spotify. 🎧
– przeczytać w formie tekstowej poniżej.

👉 Kliknij i sprawdź kurs online z zarządzania zespołem.

Technika 1: „Makaron na uszy” – czyli obietnice bez pokrycia

Wyobraź sobie, że szef staje przed zespołem i mówi:

„Teraz jest ciężko, wiem. Nie ma podwyżek, trzeba zacisnąć zęby.
Ale spokojnie — jak firma urośnie, to wszyscy na tym skorzystamy.”

Brzmi znajomo?

Czujecie ten makaron nawijany na uszy?

Na początku ludzie naprawdę w to wierzą, bo chcą wierzyć, więc zostają dłużej w pracy, biorą na siebie dodatkowe projekty, odkładają urlop, przesuwają swoje granice i powtarzają sobie, że to tylko na chwilę, że to jest inwestycja i że to się w końcu opłaci.
Że warto pokazać się od dobrej strony.

Problem pojawia się w momencie, w którym ta „chwila” zaczyna trwać miesiące, potem lata,
a obiecane „kiedyś” ani trochę się nie przybliża, tylko cały czas pozostaje gdzieś w mglistym, niedookreślonym horyzoncie.

I właśnie tak zaczyna się (i w pewnym sensie kończy) pierwsza technika manipulowania pracownikami.

Miękka, ładnie opakowana i bardzo skuteczna – dla tych, którzy jej jeszcze nie znają.

Ja nazywam ją “makaron na uszy” lub “gruszki na wierzbie”.

W tej technice wcale nie chodzi o wizję ani o długofalowe przywództwo, tylko o odkładanie nagrody w nieskończoną przyszłość – bez konkretów, bez terminów i bez jasnych warunków.

Zamiast tego jest ciągłe:
„jeszcze trochę”,
„jeszcze nie teraz”,
„jeszcze musimy wytrzymać”.

Atmosfera w zespole stopniowo zmienia się z entuzjazmu w sceptycyzm.
Każda kolejna motywacyjna mowa zaczyna brzmieć jak pusta obietnica,
a szef, który miał być wizjonerem, coraz częściej jest postrzegany jako sprzedawca marzeń,
który mówi to, co w danym momencie najlepiej się sprzeda.

Ludzie dają się na to złapać raz, może dwa,
ale bardzo szybko uczą się, że te obietnice nie mają pokrycia.

I nawet jeśli w pewnym momencie naprawdę mówisz prawdę,
to nikt już w nią nie wierzy, bo kredyt zaufania został dawno temu wyczerpany.

Szefowie, szefowe, którzy używają tej techniki, zaczynają się mierzyć z biernym oporem pracowników
i dość łatwo wpadają w pułapkę wahadła.

Co wtedy robią?
Jak nie działa marchewka…
To łup go kijem! Dokręcamy śrubę!

Technika 2 – Wieczne niezadowolenie

I właśnie w ten sposób płynnie przechodzimy do drugiej techniki manipulowania pracownikami, czyli “wiecznego niezadowolenia”.

Wyobraź sobie teraz inną, równie znajomą sytuację.

Zespół dowozi projekt, często w trudnych warunkach, pod presją czasu, z brakami kadrowymi albo w nadgodzinach, o których nikt w firmie nie chce słyszeć, a szef zamiast powiedzieć „dobra robota” zaczyna spotkanie od zdania:

„No okej… ale…”

i tu następuje długa litania tych “ale”:

  • Ale tu mogliście szybciej.

  • Ale tam dało się taniej.

  • Ale ktoś inny zrobiłby to lepiej.

  • Ale następnym razem oczekuję więcej.

I bardzo szybko okazuje się, że w tym świecie nigdy nie ma momentu, w którym jest wystarczająco dobrze, bo poprzeczka zawsze przesuwa się dokładnie w chwili, w której ktoś się do niej zbliża.

I znowu, za pierwszym, drugim, a czasem nawet trzecim razem pracownicy reagują dokładnie tak, jak życzyłby sobie tego szef:

  • Starają się bardziej,

  • Sprawdzają po trzy razy,

  • Dokładają kolejne godziny i zarywają prywatny czas, żeby następnym razem pokazać, że potrafią.

Problem w tym, że to „następnym razem” nigdy nie nadchodzi, bo nawet jeśli wynik jest obiektywnie dobry, to zawsze znajdzie się coś, co można było zrobić lepiej, szybciej albo taniej — i dokładnie na tym skupia się uwaga przełożonego.

To uczucie dobrze znają handlowcy, dla których każda realizacja planu sprzedaży kończy się jego podniesieniem.

To całkiem sprytna technika manipulacyjna, bo świetnie wpisuje się w wysokie standardy, ambicję i profesjonalizm, a w praktyce polega na systematycznym dokręcaniu śruby oraz odbieraniu ludziom poczucia wartości i sensu wysiłku.

„Nieważne jaki wynik zrobię i tak usłyszę, że to za mało!
To po co mam się właściwie starać? Przecież niezadowolenie będzie dokładnie takie samo.”

W takim zespole bardzo szybko znika radość z pracy, sens dbania o jakość i poczucie, że wysiłek w ogóle ma znaczenie.

Pojawia się napięcie, frustracja i wewnętrzne zmęczenie, którego nikt nie komunikuje wprost, ale wszyscy je czują.

W poprawianiu wyników, jakości i stawianiu poprzeczki wyżej nie ma nic złego — pod warunkiem, że nie staje się to celem samym w sobie.

Pomyśl o dokręcaniu śruby kluczem francuskim i dynamometrycznym. Ten pierwszy, przy odpowiedniej sile, zerwie śrubę. Ten drugi “wie”, kiedy śruba jest wystarczająco dobrze dokręcona.

Pamiętaj, że w pracy spędzamy 1/3 swojego życia, i jeśli jako szef zamieniasz firmę w obóz pracy przymusowej, to wiele ryzykujesz.

Na początku możesz być postrzegany jako wymagający profesjonalista.
Potem jako ktoś, komu nigdy nie da się dogodzić.
A na końcu jako tyran, który nie docenia, nie zauważa wysiłku i traktuje ludzi jak zasób do wyciskania kolejnych procentów wydajności.

Bo dla niego rzeczywiście człowiek to zasób, który jest tylko środkiem do celu.

Jak pracownicy reagują na takie traktowanie?

Część zaczyna się wycofywać i robić absolutne minimum, bo uznaje, że nie ma sensu dawać z siebie więcej.
Część bierze udział w wyścigu, bo jeszcze nie zauważyła, że nie ma mety.
Część szuka szczęścia poza organizacją.

Jeszcze inni zaczynają grać w swoją grę — robiąc rzeczy, które dobrze wyglądają w oczach szefa, ale wcale nie są najlepsze dla zespołu czy klienta.

Najgorzej mają Ci, którzy nie mają wyjścia i muszą trwać w tej sytuacji.

A szef?

Szef widzi spadek zaangażowania i myśli:

„Co za lenie, podwyżki chcą, ale robić to już nie ma komu.”

albo

“Tylko odtąd dotąd i ani centymetra więcej!”

I zamiast się zatrzymać i zapytać, co sam dołożył do tej sytuacji, zaczyna szukać kolejnego sposobu na odzyskanie kontroli.

Skoro presja nie działa tak, jak miała działać…

Skoro ludzie nie ciągną już równo…

To może wystarczy sprawić, żeby przestali trzymać ze sobą.

Trzecia technika: „Dziel i rządź”

I właśnie w tym momencie bardzo wielu menedżerów, czasem zupełnie nieświadomie, wchodzi w trzecią technikę manipulowania pracownikami.

Technikę, która rozwala zespoły od środka.

Czyli klasyczne: „dziel i rządź”.

„Dziel i rządź” to jedna z najstarszych technik władzy, która w organizacjach ma się zaskakująco dobrze, bo pozwala szefowi odzyskać kontrolę bez formalnych decyzji, procedur czy rozmów wprost.

Na czym ona polega w praktyce?

Na subtelnym, ale systematycznym podkopywaniu zaufania między ludźmi, na napuszczaniu pracowników wzajemnie na siebie, na wykorzystywaniu władzy wynikającej z pełnionej roli do nagradzania pracowników zaufanych i karania pracowników krnąbrnych.

Szef mówi np. jednemu pracownikowi:

„Wiesz Marek, nie powinienem tego mówić, ale w zespole są głosy, że trochę się obijasz.”

A drugiemu rzuca mimochodem:

„Jarek, Tobie to mogę zaufać, dlatego jak coś widzisz to dawaj znać, musimy dbać o standardy.”

Do tego bardzo szybko dochodzą porównania, rankingi, wyróżnianie „najlepszych”, półsłówka w stylu „inni jakoś potrafią” oraz coraz wyraźniejsze sygnały, że lojalność wobec szefa jest znacznie ważniejsza niż lojalność wobec członków zespołu.

W ten sposób zespół przestaje funkcjonować jako całość, a zaczyna istnieć jedynie jako zbiór jednostek, które zamiast współpracować, coraz uważniej się obserwują, oceniają i wzajemnie kontrolują, bo dzięki temu można zarobić punkty u szefa.

Z perspektywy szefa przez krótki czas może to wyglądać jak bardzo skuteczne rozwiązanie, ponieważ ludzie stają się czujniejsi, bardziej się pilnują, szybciej reagują, a czasem nawet sami zaczynają donosić, kto się spóźnia, kto czego nie zrobił i kto „nie dowozi”.

Problem polega jednak na tym, że w takim modelu cała energia zespołu przestaje iść w realną pracę, jakość czy wynik, a zaczyna być zużywana na politykę przetrwania.

Energia szefa skierowana jest na manipulowanie pracownikami, zamiast na ich wspieranie, rozwiązywanie problemów i tworzenie warunków do współpracy.

Narcyzm w roli szefa? „Dziel i rządź” jako przejaw patologicznego przywództwa

Taki sposób zarządzania jest wysoce charakterystyczny dla osób narcystycznych. Technika „dziel i rządź” to klasyczny przejaw patologicznego przywództwa, w którym szef traktuje zespół jako przedłużenie własnego ego i narzędzie do zaspokajania potrzeby kontroli, podziwu i władzy.

Osoby narcystyczne często celowo osłabiają więzi między ludźmi, ponieważ zgrany, ufający sobie zespół stanowi zagrożenie dla ich pozycji – zmniejsza ich niezbędność jako „arbitra” i utrudnia manipulację. Skryta krytyka i hierarchia oparta na lojalności, a nie kompetencjach, służą utrzymaniu zależności podwładnych od szefa oraz odwróceniu uwagi od jego własnych niedoskonałości.

W dłuższej perspektywie prowadzi to do powstania toksycznej kultury organizacyjnej, w której lęk zastępuje zaangażowanie, a innowacyjność tłumi rywalizacja. Zdrowy przywódca buduje mosty i wspólny cel, natomiast przywódca narcystyczny buduje fosy, by samemu pozostać w centrum zamku.

W takim zespole znika gotowość do pomocy, znika dzielenie się wiedzą, znika otwarte mówienie o błędach — bo każdy błąd może zostać użyty przeciwko pracownikowi.

Atmosfera robi się gęsta, podejrzliwa i nerwowa, a ludzie — zamiast myśleć o kliencie, jakości czy długofalowych rezultatach — koncentrują się na jednym: żeby nie być osobą, na którą dziś padnie cień podejrzeń.

Jak w takiej sytuacji postrzegany jest szef?

  • Albo jako książę Ightorn otoczony dworem Toudich, jak w bajce o Gumisiach.

  • Albo jak bardzo toksyczny, niebezpieczny człowiek, którego trzeba unikać i jak najszybciej ewakuować się z jego otoczenia.

Najlepsi pracownicy — ci, którzy naprawdę potrafią współpracować, brać odpowiedzialność i myśleć długofalowo — odchodzą pierwsi.

Zostają ci, którzy chcą i potrafią grać rolę lojalnych dworzan.

Jednocześnie na dworze sprawy nie zawsze przybierają taki obrót, jakiego życzyłby sobie książę… A przecież książę nie może odpowiadać za niepowodzenia!

„Straciliśmy klienta? Oczywiście, że można było tego uniknąć, gdyby tylko Kowalski znał się na robocie!”

Manipulacja nr 4: Kozioł ofiarny

I tu pojawia się miejsce dla kozła ofiarnego, czyli manipulacji nr 4.

Pojęcie „kozła ofiarnego” wywodzi się z biblijnego rytuału Jom Kippur opisanego w Księdze Kapłańskiej, gdzie kapłan symbolicznie przenosił winy całego ludu na wybranego kozła, wypędzając go na pustynię. Frazeologizm ten wszedł do języka potocznego, oznaczając osobę lub grupę niesłusznie obwinianą za problemy innych.

Ten mechanizm jest bardzo popularny w polityce, gdzie winą za wszelkie zło obarczane są całe grupy społeczne. Np. Hitler zrobił to z Żydami. Technika obrzydliwa i skuteczna jednocześnie.

Toksyczni menedżerowie stosują mechanizm kozła ofiarnego, by odwracać uwagę od własnych błędów i swojej niekompetencji, obwiniając jedną osobę lub grupę – np. dział firmy – za niepowodzenia swoje lub własnego zespołu.

– … gdyby tylko księgowość zareagowała na czas …
– … gdyby znowu magazyn nie zawalił dostawy …
– … gdyby tylko Nowak nie martwił się tylko swoją prowizją, ale pomyślał o dobru całego zespołu!

Pozostałym pracownikom dość łatwo przyjąć taką narrację, bo zdejmuje to z nich odpowiedzialność za trudności i problemy.

To działa, jak każda manipulacja, do czasu.
Do czasu, aż manipulowani się nie zorientują.
Bo wtedy z kozła ofiarnego pracownik może zamienić się w męczennika.

Manipulacja nr 5: Strach

Broniąc się przed konsekwencjami wcześniejszych błędów, patologiczni szefowie sięgają po jeszcze jedno, wyjątkowo skuteczne narzędzie — strach, czyli nasz manipulacyjny numer pięć.

Bo im bardziej ludzie się boją, tym łatwiej nimi manipulować.

W oczach takiego szefa najlepszy pracownik to pracownik bez alternatywy, z rodziną i kredytem na karku.

I dobrze, żeby też bał się, że kolega może wygryźć go ze stanowiska albo w ogóle z pracy.

Myślę, że na tym etapie macie już jasność, że wszystko powyższe z dokładką strachu to nie jest zarządzanie zespołem. To raczej tworzenie obozu pracy przymusowej, w którym nikt nie zastanawia się nad lepszym sposobem realizacji celów, tylko nad tym, jak przetrwać.

I tu pojawia się pewien paradoks.

Zamiast zmieniać źródło problemu, organizacje zaczynają mówić o well-beingu, oferować darmowe lekcje jogi i webinary o radzeniu sobie ze stresem. Innymi słowy — przyklejają plaster na otwartą ranę, ignorując fakt, że to środowisko pracy generuje ten stres.

Strach jest dla wielu menedżerów kuszący, bo działa natychmiast. Nie wymaga tłumaczenia decyzji, prowadzenia trudnych rozmów ani budowania relacji czy zaufania. Jest kuszący także dlatego, że nie wymaga pracy nad sobą — wystarczy wejść w rolę.

Tyle że warto czasem pamiętać, że człowiekiem się jest, a szefem bywa, a firma nie jest teatrem, w którym odgrywa się władzę, tylko miejscem współpracy ludzi.

Łatwiej jest dać pracownikom jasno — czasem nawet niewerbalnie — do zrozumienia, że konsekwencje będą bolesne, niż usiąść i naprawdę rozwiązać problem. Strach rzeczywiście działa. Człowiek z przystawioną do skroni bronią nie jest skłonny do dyskusji.

Jednocześnie w rzeczywistości zawodowej aż tak ekstremalnego strachu nie doświadczamy — i jak tylko pracownik przestaje się bać, to szef traci jedyną dostępną mu formę wpływu. Bo po drodze zniszczył możliwość współpracy.

Problem ze strachem polega na tym, że długofalowo robi co najmniej trzy rzeczy, które niszczą współpracę w zespole:

1. Ukrywanie błędów

Ludzie zaczynają ukrywać błędy, ponieważ błąd przestaje być informacją potrzebną do uczenia się i poprawy, a staje się realnym zagrożeniem dla ich pozycji, bezpieczeństwa i poczucia stabilności.

2. Brak innowacji

Znika jakakolwiek innowacja, ponieważ nikt rozsądny nie podejmuje ryzyka w środowisku, w którym każda pomyłka może zostać użyta przeciwko niemu, a każda próba wyjścia poza schemat wiąże się z potencjalnymi konsekwencjami.

3. Minimum wysiłku

Zostaje już tylko minimum wysiłku — dokładnie tyle, ile trzeba włożyć w pracę, żeby nie zostać zauważonym jako problem i nie narazić się na negatywne skutki.

Jak w tym wszystkim postrzegany jest szef?

  • Nie jako lider, który prowadzi ludzi.

  • Nie jako autorytet, za którym chce się iść.

  • Tylko jako ryzyko, które trzeba omijać, minimalizować i brać pod uwagę przy każdej decyzji.

Ludzie nie pracują wtedy dla niego ani dla wspólnego celu, lecz starają się wyłącznie unikać konsekwencji.
Starają się przede wszystkim chronić siebie.

I to jest moment, w którym warto sobie zadać filozoficzne pytanie:

Czy firma jest wyłącznie po to, żeby zarabiać pieniądze, czy może też po to, żeby dawać możliwość realizacji potencjału zatrudnionym w niej ludziom?

A może inne pytanie:

Czy chcemy budować organizacje oparte wyłącznie o przemoc, w których ludzie muszą pracować?
Czy może takie, w których ludzie chcą pracować — oparte na uniwersalnych, ludzkich wartościach?

Warto zastanowić się, czy chcemy budować świat oparty wyłącznie o rachunek ekonomiczny,
czy może czasem robić rzeczy nieco mniej opłacalne, a nieco bardziej wartościowe.

Bo jak mówił Władysław Bartoszewski:

„Nie wszystko, co się opłaca, warto robić.
I nie wszystko, co warto robić, się opłaca.”

Firma, traktująca ludzi jak zasoby, które — jak zużytą maszynę — można wymienić, zastąpić, zoptymalizować jakąś automatyzacją, zorientowana jest wyłącznie na wynik ekonomiczny: albo coś jest opłacalne, albo nie.

Firma, czyli… no właśnie firma — to abstrakcyjny twór, który pozwala właścicielom, menedżerom, czyli nam ludziom, traktować innych ludzi przedmiotowo, zasłaniając się słowami „firma”, „organizacja”.

Innymi słowy — to my sami robimy to sobie nawzajem.

Na pytanie jaką chcesz tworzyć rzeczywistość — potrzebujesz odpowiedzieć sobie samodzielnie.

Manipulacja w zarządzaniu bardzo rzadko wygląda tak czytelnie, jak w powyższych przykładach.
Najczęściej jest znacznie subtelniejsza — i właśnie dlatego bywa tak trudna do zauważenia.

Często przypomina:

  • presję wyników,

  • dbanie o wysokie standardy,

  • albo „robienie tego, co trzeba”, żeby firma dowiozła.

I tu pojawia się bardzo ważna granica, którą łatwo przekroczyć.

Bo wywieranie wpływu polega na tym, że jasno mówisz, dokąd zmierzacie, dlaczego to jest ważne i jakie są zasady gry.
A ludzie mogą się z tym zgodzić lub nie — zachowując poczucie sprawczości i odpowiedzialności.

Manipulacja zaczyna się w momencie, w którym:

  • ukrywasz prawdziwy cel,

  • mieszasz emocje z obowiązkami,

  • albo odbierasz ludziom możliwość wyboru —
    a potem próbujesz uzyskać posłuszeństwo strachem, poczuciem winy albo niepewnością.

I to jest kluczowa różnica:

Wpływ buduje odpowiedzialność, a manipulacja buduje podporządkowanie.

Manipulacja może dać szybkie efekty, ale zawsze zabiera coś w zamian.
Najpierw zaufanie, potem odpowiedzialność, a na końcu zaangażowanie.

I w momencie, w którym zauważasz, że ludzie:

  • robią tylko minimum,

  • przestają się odzywać,

  • nie podejmują inicjatywy —

to zwykle nie jest to ich problem, tylko efekt środowiska, które zostało zbudowane przez zarządzających.

Jeśli jesteś liderem i w trakcie tego materiału coś Cię uwierało albo budziło dyskomfort — potraktuj to nie jako atak, ale jako sygnał ostrzegawczy.
Styl zarządzania zawsze wraca do nas w postaci zachowań zespołu.

A jeśli jesteś pracownikiem i rozpoznałeś w tych przykładach swoje doświadczenia, to warto pamiętać, że zdrowe zespoły nie potrzebują strachu ani gierek, żeby działać skutecznie.

Podobał Ci się ten materiał?

👉 Kliknij i sprawdź kurs online z zarządzania zespołem.

Jeśli chcesz więcej treści o przywództwie opartym na odpowiedzialności, a nie kontroli:

Dzięki za oglądanie — i do zobaczenia w kolejnym odcinku. 🎥

Zapisz się do
naszego newslettera.

Otrzymuj regularnie bezpłatne treści
o zarządzaniu zespołem i komunikacji.

Skorzystaj z bezpłatnej konsultacji

Zadzwoń +48 574 137 777 lub

Gwarantujemy w 100% merytoryczną konsultację na wybrany przez Ciebie temat.